Sri Lanka: port w Tangalle, fotograficznie

Tangalle. Jesteśmy na południu Sri Lanki.
Zapamiętam to miejsce z kilku powodów...
Jeśli chodzi o komunikację na wyspie i poruszanie się autobusami to musicie wiedzieć, że wszystko dzieje się szybko ;) Mam na myśli, że gdy kierowca widzi przy drodze kogoś to zwalnia, bileter stojąc w przednich drzwiach (w czasie jazdy) upewnia się, że pasażer chce wsiąść do odpowiedniego autobusu i macha by wsiąść drzwiami tylnymi. A w zasadzie to wskoczyć bo autobus się nie zatrzymuje!
Myślałem, że w Lonely Planet piszą w tej sprawie bajki i wyolbrzymiają, ale tak jest naprawdę.
Miłym wyjątkiem jest, gdy na autobus czeka kobieta z dzieckiem lub oczywiście większa grupa ludzi. Co najważniejsze - zawsze wszystko musi dziać się sprawnie.
Jeśli macie na plecach jeden plecak, a na brzuchu drugi ze sprzętem fotograficznym to zazwyczaj cieszycie się, że wsiadacie na pierwszej stacji. Jeśli chcecie wsiąść na małym przypadkowym przystanku i wyruszyć w kierunku Tangalle to pewnie, podobnie jak nam, uda Wam się wsiąść do czwartego z kolei autobusu.
Wszystkie wcześniejsze zwalniały (przy bagażach nic to nie da), dopiero ten czwarty się zatrzymał :)



Sri Lanka: Matara & Sinharaja Forest Reserve

To wpis głównie z przestrogą dla planujących na Sri Lance spotkanie z tropikalnym lasem. Już w czasie podróży udało mi się napisać post o zbliżeniach z dżunglą zdecydowanie bardziej bliskich niż się spodziewaliśmy.

Mirissę, która już zawsze będzie się nam kojarzyć z idealnymi plażami opuszczamy około południa. Przy głównej drodze wsiadamy do autobusu, którym podróżujemy do Matary. To jeden z większych węzłów komunikacyjnych na południowym wybrzeżu.



Tutaj wysiadając z autobusu nad samym oceanem dostrzegamy kolejne zjawiskowe plaże skrywane w cieniu pióropuszy palm kokosowych.
Na plaży spędzamy trzy, może cztery kwadranse fotografując. Na własnej skórze odczuwamy także monsunowy klimat, ponieważ pogoda w kilka minut zmienia się ze słonecznej w potężną ulewę. Pomocne są ogromne worki foliowe, które zawsze mam na wierzchu bagażu. Pokrowiec przy takiej ilości wody niewiele by się przydał, ale płachta folii to już coś. Palmy kuszą schronieniem, ale to groziłoby utratą życia od spadającego kokosa więc odmawiamy. Gdy już jesteśmy całkowicie przemoczeni, pokazuje się grzejące słońce :)

Sri Lanka: Unawatuna i Mirissa fotograficznie

Rajskie, urokliwe i przytulne.
Pełne smukłych palm kokosowych skrywających gdzieniegdzie małą restauracyjkę.
Takie są plaże Unawatuny i Mirissy, jeszcze raz na zdjęciach :) 



Sri Lanka: Pod palmą w Unawatunie, przy stoliku na plaży w Mirissie

Po porannym spacerze klimatycznymi uliczkami Galle zabieramy z guesthouseu bagaże i ruszamy poza granice fortu by złapać autobus i ruszyć w dalszą podróż.
Okazuje się, że nie ma mowy o długim oczekiwaniu, którego się obawialiśmy. Wsiadamy do autobusu i po kilku minutach jesteśmy w drodze. 


Tym razem przemieszczamy się tylko kilka kilometrów. I mimo, że odległość jest niewielka i spodziewamy się, że cena biletu nie będzie wysoka, to mamy nasz nowy cenowy rekord. 
Za te kilka kilometrów każde z nas płaci 10 Rupii czyli jakieś 25 groszy! 
Czuję ulgę, chyba nie będzie ciężko z podróżowaniem po wyspie.
Nie jesteśmy pewni czy bileter rozumie cokolwiek z tego co mówimy, na pewno nie umie odpowiedzieć. W najprostszych słowach tłumaczymy, że nie wiemy kiedy wysiąść. Na szczęście mężczyzna macha ręką z drugiego końca autobusu gdy docieramy do właściwego przystanku.

Ryk silnika cichnie, woń spalin opada. 

Wysiłek włożony w szybkie opuszczenie autobusu razem z bagażami i otaczający skwar spowodowały, że pot płynie strużkami po całym ciele.
Ale przecież jesteśmy tutaj, aby zobaczyć jedną z urokliwszych plaż wyspy więc są szanse na nagrodę. Oby tylko o własnych siłach dotrzeć do tej plaży! Miejscowi pokazują, w którym kierunku się udać. 

Mimo, że po przejściu na drugą stronę ulicy jesteśmy już zmęczeni to dzielnie dźwigamy bagaże, które w czterdziestu stopniach wydają się dziesiątki razy cięższe.
Po drodze mijamy stragan z owocami i to jest ratunek. Głód męczy już od jakiegoś czasu, ale nawet nie było chwili, by o nim pomyśleć. Nadrabiamy zaległość wprost kapitalnymi bananami. Po raz pierwszy podczas tej podróży próbujemy też soku kokosowego, który niesamowicie gasi pragnienie. Koszt posiłku – złotówka ;)

Marsz od przystanku do plaży zajmuje około kwadrans.
Zbawianiem nad oceanem są czekające na nas palmy z bujnymi pióropuszami i skromnym (ale to zawsze coś!) cieniem.
Można zdjąć plecaki. 



Siadamy schowani przed palącym słońcem. Nie czekamy długo na przypływ szczęścia. Wystarczy się rozejrzeć, aby zapomnieć o zmęczeniu. Błękitna woda, nieprzepełniona, na szczęście, plaża, sielankowa atmosfera – jest cudownie.
Nie chce nam się nigdzie ruszać. Okazuje się że nie byłoby to problemem nawet w razie wszelakich potrzeb! Regularnie podchodzą do nas sprzedawcy muszli, apaszek.